aktualności, komentarze, spostrzeżenia
niedziela, 20 lipca 2008
w teatrze
Korzystając z radosnego faktu, że nie dojeżdżam już do pracy 4 godziny dziennie, mogę od czasu do czasu skorzystać z oferty kulturalnej miasta. Uszczęśliwia mnie to szalenie, nawet sama pewność, że mogę, już mnie cieszy.

Ostatnio dostałam wejściówkę na spektakl "Do piachu". Sama sceneria fantastyczna. Centralny Basen Artystyczny, to niezwykła przestrzeń. Co prawda spektakl dedykowany był chyba bardziej ekipie z Edynburga (dokąd spektakl się wybiera w sierpniu), niż zwykłym widzom, ale takie są prawa show-biznesu.
Nie wiem czy świadczy to o mnie, czy o samym przedstawieniu, ale zdarzyło mi się coś, o co się nigdy nie posądzałam - mianowicie w trakcie spektaklu napadły mnie 2-3 kilku sekundowe drzemki. Nie najlepsza recenzja, nieprawdaż? Potem już szło lepiej. Może dlatego, że jakoś żywiej się zrobiło na scenie. Co jakiś czas jakiś leśny żołnierz podziemia wypalił z karabinu, dla podkreślenia żałości losu wojaka w czasie wojny. Zresztą zarówno sztuka Różewicza, jak i sam spektakl był tylko o tym jak żałosny jest los żołnierza w czasie wojny. Jak to wojna sprawia, że ludzie (mężczyźni) stają się maszynami fizjologiczno-zabijającymi. Wymiar nieczłowieczeństwa i fizjologii podkreśla zarówno tekst, jak i scenografia i reżyseria.
Po zakończeniu spektaklu zastanawiałam się nad dwiema, skrajnie różnymi, rzeczami:
- po co było ciągnąć żywe kury jako element scenografii?
- co takiego niezwykłego ma być w tej sztuce. Że niby wojna jest straszna? Że żołnierze pierdzą? co w tym wyjątkowego? Właściwie po Szeregowcu Ryanie nie sądzę, żeby coś mnie miało w tym zakresie zszokować. Wiem, że ta sztuka jest dużo starsza niż hollywoodzki przebój, ale po co w takim razie się za nią zabierać w XXI wieku?

Tydzień później wybrałam się do muzeum powstania warszawskiego.  Do tego, podobno najlepszego, najbardziej interaktywnego muzeum w Polsce. Oj srodze się zawiodłam. Multimedialności nie było za wiele (co to za 'multi' w XXI wieku, gdy wykorzystane są audio i wideo?), muzeum nie jest może wydmuszkowo wycacane, ale za wiele dotknąć nie można. Wciąż pokutuje wizja, że wzrok jest dostateczny w poznawaniu historii.
Zawiodłam się również na merytorycznej stronie, bo zdecydowanie zabrakło mi tzw. drugiej strony, czyli słów o tym, że wciąż toczy się dyskusja o tym czy powstanie miało sens. W kaczym stylu zdecydowano, że wszelka dyskusja podważa i zasadność muzeum i pewnie nawet tragedię powstańców i powstanek, mieszkańców i mieszkanek ówczesnej Warszawy.
Ale najbardziej rozczarowała mnie warstwa, która w "Do piachu' była wyeksploatowana do cna, ta warstwa, o której myślałam, że już we wszystkich głowach jest wystarczająco zakodowana. Otóż okazuje się, że nie. Bo powstanie było jedynie, tylko i wyłącznie bohaterskie. Ponownie nie ludzkie, ale heroiczne. Jako lekcja poglądowa - bardzo ciekawe, jako lekcja historii - zbyt wybiórcze.

Jak to jest, że opisanie, udokumentowanie człowieczeństwa w jego wielowymiarowości okazuje się być zadaniem tak bardzo ambitnym, że nawet mierne próby pretendują do bycia wybitnymi dziełami?

19:39, jedynataka , popisałki
Link Komentarze (3) »
niedziela, 06 lipca 2008
(not so) big comeback
Postanowiłam wrócić do pisania, bo i tematów dużo i myśli sporo i czasu jakby więcej.
Zmiana miejsca życia pomaga w pozbieraniu myśli.

Warszawa ma chyba niezły wpływ na mój potencjał, ale na ogarnięcie wszystkiego potrzebowałam czasu. Chyba już się udało :-)
 
tym samym comeback uważam za fakt dokonany!
23:08, jedynataka
Link Komentarze (2) »
niedziela, 14 października 2007
chwilowo:
ZAMKNIĘTE

(do odwołania)
08:39, jedynataka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 08 września 2007
dajcie mi zieloną trawkę!!!
Sejm jednak zrezygnował z dowodzenia naszym pieknym krajem. Rząd też, ale nadal będzie rządzić, bo ktoś musi.
Znów zacznie się kampania. No wprost nie mogę się doczekać. Będą wzniosłe słowa o niczym i odwoływanie się do własnych zasad.
Cudnie by było gdyby ktoś przeprowadził kampanię pod hasłem: "sorry ziuta (Narodzie), spieprzyliśmy sprawę - prosimy o wyrozumiałość, pozwólcie nam naprawić te błedy, które popełnliśmy (tu lista błędów)" Wszystko w słynnym komunikacie ja. Jestem serio skłonna zastanowić się nad głosowaniem nawet na Samoobronę jeśli im jakiś spin doktor podpowie takie karkołomne sposoby na zdobycie elektoratu.
Przyznam się szczerze teraz do własnej indolencji umysłowej - nie mogę nadążyć za tymi wszystkimi aferami podsłuchowymi. mam pracę, życie, nie jestem dziennikarką w Warszawie i to mi najwyraźniej przeszkadza, żeby cokolwiek zrozumieć z tego galimatiasu. Co godzina nowe fakty (hmmm może trochę na wyrost użyłam tego słowa), co chwilę nowe domysł i komentarze. Taka przedwyborcza gra, w której jestem zagubiona jak w jakiejś obrzydliwie lepkiej mgle.
Własciwie ostatnie tygodnie pozbawiły mnie jakiegokolwiek zainteresowania polityką tego kraju. Sprawy kaczmarkowe, leperowe, krauzowe i kaczyńskie, miotania się Platformy, krzyki SLD, podrygi Giertychów wszelkiej maści w jakiś miasteczkach (pielęgniarki powinny były sobie prawa autorskie zastrzec). Głowa boli, a wyrzuty sumienia, że nie nadążam trochę jednak denerwują.
Z zaskoczeniem odkryłam nową reklamówkę LiD.



na pewno ich nie popieram, ale pomysł jest naprawdę dobry.



(ps. nie mam pojecia jak usunąć ten kod z góry, bo mi znika w edytorze, wiec przepraszam za bałagan)
środa, 15 sierpnia 2007
notka okolicznościowa
Wczoraj siedziałam i zastanawiałam się co to będzie dziś za święto.
Czy Wniebowzięcie Maryi czy św. Wojska Polskiego. Oczywiście oba są dziś w kalendarzu, ale które właściwie zaczerwienia kartkę z 15-tym sierpnia?
Przy ostatnich zakusach (ex)kolalicji można się było wszystkiego spodziewać.

Na razie jednak pozostano przy święcie narodowym jako głównym i religijnym jako pobocznym.

A to oczywiście nasuwa refleksję, że wszystkie trzy polskie święta narodowe, 3 maja - rocznica uchwalenia Konstytucji 3 Maja; 15 sierpnia - Święto Wojska Polskiego; 11 listopada - Narodowe Święto Niepodległości,  są z założenia radosne, w końcu ich początkiem było zawsze (w jakimś sensie) zwycięstwo. Społeczeństwo nie jest raczej w stanie wysnuć intelektualnej refleksji nad tymi wydarzeniami. Dużo łatwiej łączyć mu się za to w emocjach.

Niestety radość z tego tytułu nie przepełnia duszy mej, nie czuję kompletnie tego, że konstytucja była takim sukcesem na skalę europejską, 11 listopada kojarzy mi się z beznadziejnie przenudnymi wystąpieniami w tv i idiotycznie podniosłym nastrojem, którego nikt nigdy nie próbował przeskoczyć. No i jeszcze święto dzisiejsze, które jest dla mnie jakoś takie nijakie (mimo że historia mojej kresowej rodziny jest chyba najmocniej z nim właśnie połączona). Śmiem podejrzewać, że jestem dość typową przedstawicielką obecnych czasów.
Zastanawia mnie natomiast dlaczego zupełnie inaczej czuję się w dnie takich smutnych rocznic jak rozpoczęcie II Wojny, czy Powstania Warszawskiego. Typowe dla polskiej duszy gloria victis? Czy wynik mądrzejszego przekazywania wiedzy historycznej akurat w tych tematach?

Kiedyś może uda się zorganizować super konstytucyjną majówkę lub listopadowe niepodległościowe tańce. Może dałoby się zbudować poczucie wspólnoty w oparciu o radość bycia Polakami i Polakami, w końcu musimy tu w większości razem mieszkać jeszcze pewnie długo :-)

sobota, 04 sierpnia 2007
Les imbéciles heureux...
Życie Warszawy publikuje zeznania kobiet, które są świadkami w sprawie posła Łyżwińskiego

Jak zawsze pod artykułem komentarze mądrych ludzi, wśród których aż za często pojawia się w różnych formach "suka nie da, pies nie weźmie".
Podziwiam arogancję niektórych, która kompletnie zasłania im jakąkolwiek empatię. Podziwiam też ich spokój ducha i pewność, że znają odpowiedzi na każde pytanie.
Bycie szczęśliwym idiotą/ szczęśliwą idiotką jest takie proste.

piątek, 03 sierpnia 2007
my personal łebdwazero - historia mało znacząca
o kilku dni odkrywam facebooka - nawet zmyślna stronka, w porównaniu do bardzo ubogiej naszej klasy to rzeczywioście niebo i ziemia, ale poraz kolejny stare powiedzenie, że "dla towarzystwa można dać się powiesić" sprawdza się i okazuje się, że nie tam fajnie, gdzie fajnie, ale gdzie jest więcej znajomych.

Ciekwa sprawa z tymi serwisami szuminie i duminie nazwanych łebdwazerowymi. Czasem przychodzę na nie, bo już jest tam sporo znajomych (nasza klasa, studivz) czasem sprawdzam o co właściwie chodzi i zostaję na dłużej, bo mi się podoba (facebook, studentix), czasem zakładam profil na przyszłość i staram się nie zapomnieć hasła (goldenline) a czasem wchodzę tylko na chwilę i uciekam gdzie pieprz rośnie (grono). Są jeszcze takie, które zniechęcają mnie od początku - głownie przez nieczytelne strony ich uzytkowników, czyli pierwszych wizytówek -
prym wiedzie tu myspace, a ostatnio rzuciło mi się w oczy bebo.
Nasuwa mi się jeszcze casus netvibesa, który powalił mnie swoją funkcjonalnością i się zakochałam, a teraz jestem jak to się mówi... przesubskrybowana odrobinę :-)

No i jeszcze last.fm, który pozwolił mi w końcu nadążać za tym, czego słucham, no i zawsze byłam wielbicielką rankingów


a historycznie rzecz biorąc to "najsampierw" były bardzo nastoletnie blogi (dawno dawno temu), potem forum gazety, potem blogi na bloxie, no a potem nadszedł rok 2006 i się zaczęło wyżej wymienione szaleństwo.


sobota, 28 lipca 2007
o godności
jakoś początkowo się nie przejęłam jakoś specjalnie, durna reklama, bo durna, ale niekoniecznie do mnie dotarło, jak durna ona jest.
"wyślij słonia do ustronia" - dowcipne i z rymem i takie zgodnie z kanonem.

a teraz sobie pomyślałam, że kiedy byłam mała, to nie można było przezywać ludzi. Tak po prostu. Mamusia mi mówiła, że tak jest nieładnie i że można ich w ten sposób skrzywdzić.

najwyraźniej ani w tym sklepie ani w agencji reklamowej nikt nie miał takich mądrych mamuś.

Nauczono mnie, że nie przechodzi się na czerwonym świetle, nauczono, że wstyd to kraść i krzywdzić innych ludzi. Nie nauczono mnie w domu, że wygląd (jakikolwiek) może być powodem dla innych do obrażania. Tego nauczył  mnie świat chwilę później. Na szczęście nie był tak wytrwały w tej edukacji, jak moja mamusia.
A teraz jak to jest z tym szokowaniem, czy do tego stopnia schamieliśmy, że nie przeszkadza nam, gdy ktoś publicznie obraża innych w naszym towarzystwie? ciekawe są wytłumaczenia takich obrońców uciśnionych, którzy się juz znajdą. A że to wina choroby, że matka dzieci wychowała i wykarmiła, a że milion róznych okoliczności innych. Nigdy, że godność jest ważna bez względu na wygląd, czy tam inne przymioty i że godności można się tylko samemu pozbawić (jak mówiła moja mama) na dwa sposoby: kradnąc i krzywdząc. O ile wiem będąc grubą nie kradnę, ani nie krzywdzę. I to moja jedyna linia obrony, z niczego innego tłumaczyć się nie zamierzam.

13:47, jedynataka , popisałki
Link Komentarze (1) »
wtorek, 17 lipca 2007
to jak to jest właściwie z tą naturą?
Kobiety są stworzone do kierowania autobusami!

Czyli jednak natura nie działa przeciwko nam, o ile tylko brakuje mężczyzn do wykonywania takiej czy innej pracy. Wystarczy, że kilku wyemigruje i nagle okazuje się, że kobieta nie tylko może pracować w 'meskim zawodzie', ona automatycznie 'staje sie stworzona' do tego! Znowu mamy esencjalizm, ino w odwrotnym kierunku. Poraz kolejny ktoś arbitralnie mówi mi do czego poprzez taką, a nie inną zawartość hormonów zostałam stworzona (oczywiścnie nie ma sensu wnikać c to znaczy stworzona i przez kogo - to przecież oczywiste - Bóg jest jeden i ma zawsze rację)
Niedługo wszystkie będziemy stworzone do budowania:
- autostrad
- stadionów
- hoteli

na przyjęcie paszczaków wszelkiej maści

chyba, że zarobki wzrosną i znów będziemy nadawać się do prowadzenia domu, bo mężczyźni wrócą i trzeba będzie im zwolnić 'męskie" miejsca pracy.

13:32, jedynataka , feminizm
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 16 lipca 2007
zakupy
Blog odłogiem leży, to chyba z upałów, zawsze mi się źle myslało, gdy było więcej stopni niż 25.
Ale przy okazji rozwijającego się życia zawodowego trzeba bylo wymienić stary sprzęt komputerowy, zalegający w domu od 10 lat, bardziej utrudniający życie niż ułatwiający, na nowiutkie cacko (każdy jeden nowy komp byłby cackiem przy tamtym rzęchu).
I zaczęło się! Jeśli się nie jest osobą szkoloną w nazewnictwie, to właściwie można polegać tylko na dwóch rzeczach - zaprzyjaźnieni specjaliści/ zaprzyjaźnione specjalistki (jakkolwiek z takimi się nie spotkałam w moim życiu) i/lub własna intuicja. Na sprzedawców nie liczę jakoś specjalnie, bo mam na okrągło wrażenie, że chcą wykorzystać moją nieznajmość tematu. Mania jakaś prześladowcza czy co. Nawet nie chcę się zastanawiać co będzie, kiedy będę miała fanaberię kupić sobie samochód.
Przez dwa miesiące orientowałam się wszędzie, gdzie się dało w temacie, by potem w przypływie rozpaczy wziąć cokolwiek, co w przybliżeniu odpowiadałoby moim wymaganiom. Nie wiem jak się będzie spisywać, nie wiem nic.
niech mi nikt nie mówi, że mam się znać na wszystkim, czego używam, bo mi życia nie starczy.
Ale w czasie dokonywania tego wielkiego zakupu naszła mnie jedna refleksja, mianowicie czy rzeczywiście musi być tak, że coś jest albo ładne, albo uzyteczne?
Komputer ma wnętrze i zewnętrze, o ile mi wiadomo, są one od siebie całkiem niezależne. Ale znaleźć coś co jest praktyczne i przynajmniej nie okrutnie szpetne, to już wyzwanie dla największych fanów i fanek estetyki. Generalnie większość firm zatrzymała się w złotym wieku czarnych skrzynek i ani myśli iść dalej. W dodatku zatrzymano sie również w czasach, gdy komputer kupowali tylko panowie. Wobec tego reklamy tych brzydkich czarnych skrzynek są pełne na wpółroznegliżowanych klonów Lary Croft lub Sharon Stone z Nagiego Instynktu. Inwencja twórcza na poziomie trzynastolatka z rozszalałymi hormonami. Moje wątpliwości, gdy mówiłam, że ten akurat model jest brzydki, były kwitowane krzywymi spojrzeniami sprzedawców (niespotkałam się ze sprzedawczynią komputerów), do tego dochodziły mądre komentarze, iż w komputerze liczy się wnętrze. Przy czym te wnętrza, to zazwyczaj niewiele się między sobą (jak na moje potrzeby) różniły.
Mój wybór padł na model może mniej praktyczny, bo chyba zdecydowanie dla mnie za ciężki, ale przy tym subtelnie elegancki i taki, który starczy na dłużej niż rok, zanim trzeba będzie w nim wszystko wymieniać.

Swoją drogą, gdy dziesięć lat temu w moim domu zawitał pierwszy pecet, informatyk z firmy siedział nad nim jakieś sześć godzin, męcząc się przy systemie okrutnie. Ja poradziłam sobie raptem w półtorej godziny (bo już wszystko, co trzeba było w środku). Czyli jest postęp!

Odrębną sprawą jest zakup torby na tego laptopa. Ani przyzwoitej torby, ani przyzwoitego plecaka nie idzie dostać. No chyba, że się przgląda lajfstajlowe magazyny, ale jak na moją prowincję, to tylko kolejna bezsensowna fanaberia dziwnej klientki.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9